poniedziałek, 25 czerwca 2012

Rozdział szósty


Długo nic nie dodawałam, ale w końcu coś naskrobałam. Ostatnio złapałam jakiegoś strasznego lenia i mimo że mam wenę, to nie chce mi się usiąść i popisać : < To straszne! Dzisiejszy rozdział jest bardzo krótki, ale w ramach rekompensaty postaram się jeszcze w tym tygodniu dodać kolejny. A teraz zapraszam do czytania, oby się spodobało : D Chociaż świetny to on nie jest ^^


Tamao po urodzinach Yoh postanowiła wrócić do Izumo. Dawno tam nie była, poza tym tutaj, w domu Asakury czuła się niczym intruz. Każdy już chyba zdawał sobie sprawę z tego, że czuje coś do Yoh, a w szczególności Anna, przed którą nic nie dało się ukryć. Tamamura wiedziała, że jest ona z chłopakiem zaręczona i nie miała zamiaru wchodzić pomiędzy nich. Zresztą nie oszukujmy się, brunet w ogóle nie zwracał na nią uwagi. Po co więc miała tutaj nadal przebywać? Przy Yohmei i reszcie uczniów może w końcu się czegoś nauczy, ale szczerze w to wątpiła. Ani trochę w siebie nie wierzyła, a poniekąd była to wina owego mężczyzny, który niemalże za każdym razem ignorował jej wizje, uznając je za mało wyraźne. Faworyzował przy tym innych studentów, a ją traktował niczym powietrze. Nigdy nie miał dla dziewczyny czasu, za każdym razem wymyślając nowe wymówki. Ewidentnie nie miał ochoty tracić czasu na kogoś, skoro nie miał on żadnej przyszłości. Podsłuchała kiedyś rozmowę między nim, a Kino, w której to wyraźnie powiedział, że Tamao nie da się już niczego nauczyć. W przeciwieństwie do starszego Asakury, jego żonę bardzo lubiła. Dosyć często pomagała jej przy zielarstwie, a sporządzanie maści w wszelkiego rodzaju napitków leczniczych przychodziło jej nadzwyczaj łatwo. Może minęła się z profesją i powinna pomagać ludziom jako lekarz, albo ktoś tego pokroju? Westchnęła pod nosem, wygodniej poprawiając się na krzesełku, na którym obecnie siedziała. W samotności studiowała książki, które podkradła Yohmei z biblioteki. Na temat wizjonerstwa, jak można się było domyślić. Może w spokoju, gdy nikt nie będzie jej nagabywał trochę wiedzy sobie przyswoi? Czas okaże. Od jakiegoś też czasu non stop zaprzątała jej myśli wizja, której doświadczyła będąc jeszcze gościem u Yoh. Ale jak zwykle, była na tyle niewyraźna, że nie wspomniała o niej Yohmei. Nie chciała mu dawać powodów do marudzenia, oraz ciągłego powtarzania, że żadna z niej wizjonerka. Naprawdę Tamao oddałaby wszystko, byleby umieć chociaż tyle, ile potrafi przeciętny student. Po dłuższej chwili odsunęła się od biurka, podniosła leniwie i poczłapała w stronę łóżka. Położyła się na plecach, wbijając wzrok w sufit. Zmieniła się przez ten czas. Nawet bardzo. Nie była już tą nieśmiałą dziewczynką, która oblewała się rumieńcem na widok każdego napotkanego spojrzenia chłopca, posłanego w jej kierunku. Mimo że rodzina także wybrała jej ‘ukochanego’, jak to było w przypadku Yoh, ona w ogóle nic do niego nie czuła. Był przystojny, owszem, aczkolwiek Tamamura nadal zadurzona była w innym. Równie pociągającym. A może jeszcze bardziej. Niemożliwym było by z tym kimś stworzyła związek, ale to już zupełnie inna historia. Obecnie nadal  prowadziła wojnę ze swoimi myślami, która i tak do niczego nie prowadziła. Nagle, ni z tego ni z owego pojawiły się przy dziewczynie dwa duchy. No tak, Ponchi i Conchi znowu chcieli się z niej ponabijać. Jak to zazwyczaj robili, mając przy tym niezły ubaw. Największą wadą młodej wizjonerki było to, że łatwo ulegała czyimś wpływom. A oni to skrzętnie przeciwko niej wykorzystywali, przez co później pakowała się w kłopoty. Teraz też coś kombinowali, widziała to po tym, jak na nią spoglądali.
- Tamao, no co Ci szkodzi? Pojechałabyś do Matsue i sprawdziła trafność Twojej wizji. Poza tym ciekawe kim jest ten, który ma zagrażać Asakurom. - marudzili jej nad uchem, nie dając za wygraną. Tyle razy im mówiła, że nie ma zamiaru nigdzie jechać, a oni jak zwykle swoje. Z drugiej jednak strony, co jej szkodziło? A nuż odkryje coś istotnego i w końcu zdobędzie uznanie w oczach innych? Nie, to nie ma sensu, przeszło jej przez myśl i przekręciła się teraz na bok. A może jednak? Matsue nie jest daleko stąd i w każdej chwili będę mogła wrócić, jeśli niczego ważnego nie znajdę. Po przemyśleniu całej sprawy po raz już któryś, doszła do wniosku, że jutro jednak się tam uda. I tak nie mam nic lepszego do roboty, stwierdziła z przekonaniem.
- Macie rację. Jutro pojadę to sprawdzić, ale teraz dajcie mi już spokój. Muszę się przespać.. – mruknęła od niechcenia, przeciągając się leniwie. Nagle sobie coś jeszcze uzmysłowiła. – Tylko nic nie mówcie Yohmei. Po co ma znowu marudzić – Tamao nawet nie otworzyła oczu, wypowiadając te parę słów. Zbytnio była zmęczona tymi wszystkimi, ostatnimi zdarzeniami. Niedługo potem oddała się w ramiona Morfeusza, nie rozmyślając już nad niczym więcej.
Tamamura obudzona została przez promienie słoneczne, które subtelnie muskały jej bladą skórę. Jęknęła przeciągle, przetarła oczy wierzchem dłoni i podniosła się, siadając na samym skraju łóżka. No tak, zasnęłam w ubraniach. I przespałam połowę popołudnia i całą noc. Uświadomiła sobie, spoglądając na swoje odzienie. To wyjaśniałoby dlaczego jest taka ścierpnięta i jeszcze bardziej wykończona. Jednak nadmiar snu jest tak samo niewskazany, jak jego niedobór. W końcu jednak powędrowała do łazienki, gdzie odświeżyła się i przebrała w świeże ubrania. Czekała ją dosyć długa podróż, dlatego też niebawem powinna opuszczać Izumo. Niestety zaraz po wyjściu ze swojego pokoju natknęła się na kogoś, kogo w ogóle by się nie spodziewała zobaczyć. Ryu… Przeszło dziewczynie przez myśl, a na jej twarzy mimowolnie wypłynął grymas niezadowolenia. Kim był ten młodzieniec, o dwa lata starszy od niej, którego jak widać zbytnią sympatią nie darzyła? Otóż był on jej… powiedzmy, że przyszłym mężem. Nastolatka szybko obróciła się na pięcie i mając nadzieję, iż jej nie ujrzał, iść zaczęła w zupełnie przeciwnym kierunku. Trudno, pójdę okrężną drogą. Kilka minut mnie nie zbawi. Przeliczyła się jednak.
- Tamao! Zaczekaj! – usłyszała za sobą znajomy głos, aczkolwiek nawet nie zwolniła. Zdawać się mogło nawet, że przyspieszyła kroku, jakby chcąc zgubić intruza. Dogonił ją, a gdy poczuła jego dłoń na swoim ramieniu, poczuła jak przeszywa ją dreszcz. I nie należał on do najprzyjemniejszych. Wolno odwróciła się do bruneta i spojrzała prosto w jego błękitne tęczówki. O tak, ten morski kolor jego oczu był naprawdę urzekający. Nie odezwała się jednak ani słowem i czekała.
- Dokąd idziesz? – spytał, spoglądając na niższą od siebie dziewczynę zaciekawionym spojrzeniem. Nawet nie wiedzieć kiedy jego palce sploty się z jej dłonią, ale ona zdawała się tego nawet nie zauważyć. Dopiero po dłuższej chwili, jakby wyrwana z zamyślenia zdała sobie sprawę z tego, co Ryu zrobił. Delikatnie, aczkolwiek stanowczo uwolniła dłoń, po czym z niemym utęsknieniem spojrzała na drzwi wyjściowe. Czy on zawsze musiał uprzykrzać jej życie, w najmniej odpowiednim momencie? Nie ma co, świetne wyczucie czasu.
- Chciałam się przejść – odpowiedziała, siląc się na blady cień uśmiechu. Hattori otworzył już usta, żeby coś powiedzieć, ale Tamao go ubiegła. – Sama. Nie obraź się, ale muszę pomyśleć w samotności. – Dodała dobitnie, tym samym kończąc rozmowę, w razie gdyby chciał zaproponować jej swoje towarzystwo. Nie miała teraz na nie ochoty, a poza tym śpieszyła się do Matsue. Uniosła delikatnie kąciki ust w górę, po czym wyminęła chłopaka i wyszła. Zostawiając go tym samym samemu sobie, na samym środku korytarza. Ale najgorsze w tym wszystkim było chyba to, iż w ogóle się tym nie przejęła. Istotnie się zmieniła. I czasami ją to nawet przerażało.
Do Matsue dojechała autobusem, w nieco ponad godzinę. Nie była to droga jakoś bardzo męcząca, ale im bliżej była owego miasta, tym bardziej się denerwowała. Według jej wizji, osoba zagrażająca Asakurom powinna znajdować się na północny wschód, na poboczach. To tam od razu się udała. Krążyła i błądziła po lasach oraz parkach, bezskutecznie próbując kogoś znaleźć. Jestem beznadziejna, pomyślała zrozpaczona, bezwiednie opadając na miękką trawę. Wtem coś ujrzała. A w zasadzie to kogoś. Kogoś, leżącego nieopodal niej. W mgnieniu oka poderwała się z miejsca i ruszyła w tamtym kierunku, czując jak serce bije jej coraz to mocniej.
- Mistrzu! – doszły do niej czyjeś krzyki, które początkowo zignorowała. Niesłusznie. Gdy spostrzegła tego, który te słowa wypowiadał, stanęła niczym wryta. Znała tego mężczyznę. Czyżby to…? Poczuła, jak zimny pot oblewa całe jej ciało. Odważyła podążyć wzrokiem na nieprzytomnego chłopaka, do którego właśnie doszła. Wiedziała, że tym razem jej zdolności nie zawiodły. Nie wiedziała tylko czy ma się cieszyć z tego powodu, czy wręcz przeciwnie – rozpaczać. To on. On żyje…

*** 

- Muszę wam coś powiedzieć. Asakurowie nie chcieli mi na to pozwolić, ale nie mam wyboru. Potem może być już zbyt późno na interwencję... - westchnął cicho Matamune, jednocześnie wyciągając z pyska fajkę, którą teraz trzymał w łapce. Widać było, że jest bardzo zmartwiony, ale co było tego powodem? Niebawem pewnie się dowiemy. Młode narzeczeństwo spojrzało po sobie zaskoczone, ale ostatecznie wzrok wbili w kocura. Yoh ponaglił go nawet gestem dłoni, będąc ciekawym co też za niedozwolone nowiny im przynosi. Pewnie rodzice przyjadą z niezapowiedzianą wizytą, albo coś w tym stylu. Pomyślał rozbawiony, ale to co chwilę potem usłyszał, wprawiło go w prawdziwe osłupienie.
- Hao żyje. Jest ciężko ranny, ale udało mu się włamać do posiadłości w Izumo, skąd skradł księgę leczniczą. Nie mam pojęcia dlaczego Oni chcieli to przed wami ukrywać, skoro zagrożenie jest jawne. Może i teraz nie jest on w stanie nic zrobić, ale gdy odzyska siły na pewno będzie chciał się zemścić. – mówił nieco przyciszonym głosem, który co jakiś czas łamał się delikatnie. Widać było, że Matamune się boi, a Yoh nigdy go jeszcze w takim stanie nie widział. Ukradkiem zerknął na Annę. Nic nie dało się wyczytać z jej twarzy, a ona sama zdawała się być zamyślona. – Uważaj na siebie, Yoh. – dodał jeszcze pokrzepiająco i nim zdążyli cokolwiek powiedzieć, zniknął. Pierwsza z osłupienia wyszła blondynka, mierząc chłopaka przenikliwym spojrzeniem.
- Mam nadzieję, że zdajesz sobie sprawę z tego, że z Twojego wolnego nici? Jako że jednak Hao nie pokonałeś, zmuszona jestem dołożyć Ci jeszcze parę ćwiczeń. Jesteś za słaby, rozleniwiłeś się przez ten czas. Ale nie martw się, doprowadzanie kogoś do formy to moja specjalność.  – powiedziała głosem nieznoszącym sprzeciwu. Najdziwniejsze w tym wszystkim było jednak to, że Asakura nie raczył się nawet odezwać. Nadal wpatrywał się w miejsce, w którym jeszcze chwilę temu był Matamune. Pewnie jest jeszcze w szoku, po tym co usłyszał.
- Mistrz Hao żyje?! – doszedł do nich podniecony głos Opacho, która niepostrzeżenie  weszła do salonu i cały monolog usłyszała. – Zabierzcie mnie do niego! – krzyknęła, podbiegając do Yoh, który chyba dochodził w końcu do siebie. W oczach dziecka dało się dojrzeć radosne iskierki, czego Kyoyama nie potrafiła w ogóle pojąć. Przecież Hao to potwór niezdolny do wyższych uczuć. Jak można tak cieszyć się na wieść, że jednak przeżył? Pokręciła zdegustowana głową, kierując się wolno w stronę schodów. Musiała wszystko przemyśleć w spokoju. Nie mogła przecież pozwolić, żeby owy szaman skrzywdził któregoś z jej przyjaciół. A przede wszystkim martwiła się o Yoh. Miała tylko nadzieję, że nie zrobi czegoś głupiego. Czegoś, czego oboje będą potem żałować.