czwartek, 24 maja 2012

Rozdział trzeci

Kolejny rozdział, a co mi tam ^^ Trochę się ich nazbierało, to mogę teraz publikować.
I nie ma obawy, Haoś będzie miał się baaardzo dobrze :D W końcu co by Yoh począł bez swojego ukochanego braciszka? xD






Tak jak Lyserg miał w planach, stawił się nazajutrz rano na lotnisku. Zmieniło się jednak to, iż obecnie miał małego towarzysza, w postaci dziewczynki o imieniu Opacho, która nie odstępowała chłopaka ani na krok. Początkowo Diethel nie był pewien, czy aby robi dobrze, lecąc do Tokio. Niemniej jednak nie chciał wracać do Londynu, w którym to na dobrą sprawę nic go już nie trzymało. Za dużo bolesnych wspomnień związanych było z tym miejscem. Tak więc około południa oboje siedzieli już w fotelach, obserwując rozciągający się pod nimi ocean. Jakoś w połowie lotu spostrzegł, że ciemnoskóra dziewczynka zasnęła i wywołało to y niego delikatny uśmiech. Cóż, kto by się spodziewał czegoś takiego po Lyserg'u? Przecież nienawidził zarówno Hao, jak i wszystkiego co z szamanem było związane. A teraz przygarnął jego podopieczną. Swoją drogą... zastanawiał się dlaczego Asakura miał ją przy sobie. Nie była jakoś nadzwyczaj uzdolniona. Można nawet rzec, że była słaba. Niemożliwym było chyba, żeby tak potężna i bezwzględna osoba obdarzyła kogokolwiek uczuciem. Nawet gdyby miała to być zwykła przyjaźń. Diethel był bowiem zdania, iż Hao Asakura nie był do tego zdolny.
Na lotnisku w Tokio wylądowali dopiero pod wieczór. Lot był dosyć długi i nużący, dlatego też byli nieco zmęczeni. I głodni w dodatku. Chłopak o zielonych włosach wiedział, że w domu Yoh jedzenia nie zabraknie, ale mimo wszystko postanowił, że zjedzą w jakimś pobliskim barze. A co do Opacho. To szczerze mówiąc nie miał w ogóle pojęcia co by mógł jej zaproponować. Spojrzał więc nieco zdezorientowany na lecącą obok niego Morphine, która jedynie wzruszyła ramionami. Młodzieniec westchnął więc ciężko, chwilę potem wchodząc z małą do lokalu. O dziwo nie była wybredna, dlatego też niecałą godzinę później z pełnymi brzuchami zmierzali już ulicą w stronę posiadłości jego przyjaciela. No tak, zaakceptowali go ponownie po tym, jak zostawił ich dla X-Laws. Był im za to naprawdę bardzo wdzięczny. Zrozumiał też, że Yoh nie jest takim potworem jak jego brat, Hao. Był dobry i zawsze pomagał tym, który byli w potrzebie. Bez względu na to czy byli jego przyjaciółmi, czy wrogami. Z zamyślenia wyrwał go piskliwy głos jego towarzyszki.
- Długo jeszcze? - zapytała jękliwym tonem, co chwilę robiąc sobie postój w sunięciu do przodu. Lyserg przystanął na chwilę, a będąc przed nią zmuszony był odwrócić się do tyłu. Wyglądała na nieco zmęczoną. Co prawda ze swoim poprzednim mistrzem nie musiała używać nóg do pokonywania drogi, bo albo latali na Duchu Ognia, albo zwyczajnie Hao nosił ją 'na barana'.
- Nie, niedługo będziemy na miejscu. Chodź, poniosę Cię. - powiedział ciepłym głosem, po chwili namysłu. Istotnie, przeszli już spory kawałek, ale dla chłopaka było to niczym w stosunku do odległości, które przebył w poszukiwaniu Patch Village oraz szamanów, z którymi mógłby się zmierzyć. Najwyraźniej nogi Opacho miały jednak odmienne co do tego zdanie. Podszedł do małej i po uniesieniu jej, posadził sobie na barkach. Ruszyli teraz dalej, nie chcąc tracić już cennego czasu. Szaman miał tylko nadzieję, że swoim pojawieniem, nie wywoła jakiejś wojny.

* * *

Po upływie dwóch kwadransów nasi wędrowcy odnaleźli w końcu odpowiednią ulicę, a następnie dom, którego szukali. Nastolatek w długim płaszczu zatrzymał się przed bramką, po czym omiótł posiadłość zaskoczonym spojrzeniem. Trzeba przyznać, robiła wrażenie. Nigdy wcześniej tutaj nie był, ale chciał w końcu odwiedzić swoich starych przyjaciół. Oderwać się od tego wszystkiego. Kto wie, może nawet uda mu się w niedalekiej przyszłości zamieszkać bliżej nich? Teraz jednak musiał się w końcu wziąć w garść. Nabrał powietrza w płuca, wypuścił je z wolna i zaczął stawiać małe kroki, kierując się ku drzwiom. Zapukał w nie delikatnie, ale nie usłyszał odzewu.No cóż, trudno. Niepotrzebnie tutaj w ogóle przyjeżdżałem. Przeszło mu przez myśl, ale nim zdążył odejść Opacho już naciskała klamkę. Oczywiście żeby było jasne, nadal wygodnie siedziała sobie na jego barkach. Drzwi uległy pod delikatnym dotykiem dziecięcej dłoni. Lyserg wszedł niepewnie do środka, ale to co ujrzał wewnątrz wprawiło go w osłupienie. Co takiego ujrzał? Całego umorusanego w czymś Mantę, który klęcząc szorował podłogę... w stroju gosposi. Posiadacz zielonych włosów nie wytrzymał i parsknął perlistym śmiechem, jednocześnie stawiając małą murzynkę na podłodze. Manta spojrzał na niego spode łba, pragnącym mordu spojrzeniem.
- I zobacz co narobiłeś! Dopiero co tutaj posprzątałem, a Ty już błoto wniosłeś! Jeśli Anna to zobaczy, oboje będziemy martwi! - krzyczał niczym opętany, gestykulując przy tym nerwowo rękoma. Lyserg spojrzał przez ramię, a gdy ujrzał brudne ślady, przeszedł go zimny dreszcz. Nie ma co, miłe powitanie. Niemniej jednak wziął sobie ostrzeżenie Oyamady do serca. Zdążył poznać Kyoyamę podczas turnieju i zdawał sobie sprawę, że z nią nie można sobie pogrywać. Cofnął się parę kroków w tył, ale przez to jeszcze bardziej pogorszył sprawę. Wszedł bowiem w wiadro z brudną wodą, które przewróciło się na podłogę z łoskotem. Cała jego zawartość została wylana. Niski blondyn wrzasnął jedynie przeraźliwie, łapiąc się przy tym za głowę. Już chyba widział swoją egzekucję w wykonaniu Itako.
- Cholera, przepraszam! Zaraz Ci pomogę... - mruknął wystraszonym głosem, migiem zdejmując swoje brudne buty. Te wylądowały w kącie, a sam Diethel szybkim krokiem poszedł do kuchni, skąd przyniósł szmatę. Czymś w końcu musiał tą wodę zetrzeć, prawda? A co w tym czasie robiła nasza Opacho? Otóż ciemnoskóra znalazła sobie miejsce na szafce, z której to miała doskonały widok na całą tą jakże komiczną scenę. W jej mniemaniu, rzecz jasna. Dwójce nastolatków nie było bowiem w ogóle do śmiechu, czego ona nie potrafiła zrozumieć. I jeszcze te ich zaniepokojone miny, zupełnie jej one nie pasowały do zaistniałej sytuacji. Chichotała więc pod nosem, wesoło machając przy tym nogami, ale raczej nikt na to na razie nie zwracał uwagi. Manta oraz Lyserg zbytnio byli pochłonięci usuwaniem nadmiaru brudnej wody z podłogi. Byleby zdążyli przed powrotem Kyoyamy.

* * *

Jedyne co ujrzała Anna po podejściu do stolika chłopaków to ich oddalające się z każdą chwilą plecy. Cała grupa szamanów pędziła co sił w nogach w stronę wyjścia z baru. Wszyscy teraz zgodnie pragnęli znaleźć się jak najdalej od tego strasznego miejsca. Oczywiście bali się teraz rozwścieczonej Kyoyamy jeszcze bardziej, aniżeli dotychczas, ale na szczęście mogli skryć się przed jej gniewem w swoich domach. Jedynie Yoh dzielił dach z tym diabłem, a gdy sobie to uświadomił... jakby cała chęć życia z niego upłynęła. Cała piątka dobiegła w końcu do starej fabryki, w której postanowili trochę przeczekać. Asakura usiadł ze smętnie opuszczoną głową na niskim murku, po czym na poprawienie humoru wyjął z kieszeni cheesburgera. No przecież nie mógł go zostawić na pastwę losu w towarzystwie Anny! Zaczął więc wolno konsumować kanapkę, użalając się w duchu nad swoim losem, który wcale nie rysował się już kolorowo. Amidamaru też wolał się ulotnić, obawiając się związania koralami Itako. W zasadzie to brunet się mu nie dziwił, bo sam najchętniej schowałby się nawet pod ziemią. Szkoda tylko, że jego narzeczona nawet tam by go odnalazła. Biada mu! Nie było już dla niego ratunku. Mógł już przygotowywać się na śmierć w męczarniach.
- Ren, stary. Pamiętasz, jak pomogłem Ci wydostać się z lochów? Może przenocowałbyś mnie kilka nocy? - zapytał z nadzieją w głosie, patrząc na Tao z proszącym uśmiechem. W końcu byli przyjaciółmi, prawda? A tym w potrzebie się pomaga. Yoh był teraz w tak krytycznej sytuacji, że pilnie potrzebował wsparcia ze strony któregoś z chłopaków. Ten, do którego się zwrócił parsknął tylko, kręcąc przy tym przecząco głową.
- Chyba sobie żartujesz, Yoh. Ja chce jeszcze żyć. A wątpię, że Anna będzie wyrozumiała dla tego, kto będzie Ciebie ukrywał. Poza tym zapomniałeś, że mieszkam z Jun? - wywrócił oczyma, przechadzając się po zniszczonym pomieszczeniu. Na zewnątrz zaczęło się już ściemniać, a on nie miał zamiaru tkwić tutaj przez całą noc. Miał też nadzieję, że jego siostra nie będzie tak mściwa, jak jej przyjaciółka.
- Wybacz, kolego. Ale nikt nie chce się jeszcze bardziej Annie narażać. Chyba nas rozumiesz? - odezwał się w końcu Ryu, któremu żal się zrobiło Yoh, który teraz wyglądał niczym obraz nędzy i rozpaczy. Poklepał jeszcze Asakurę po plecach, po czym opuścił fabrykę. Pięć minut później szaman został już sam. Co więc mógł innego zrobić, jak nie powrót do domu? Postara się jednak bezpośrednio udać do swojego pokoju. A nóż Kyoyama go nie wyczuje. Tak, marzenia. Jakie one piękne.

* * *

Dwie jakże zakochane w sobie osoby z południowo zachodnich Niemczech, a konkretniej z Karlsruhe, również podążały obecnie w stronę Japonii. Ostatnio Tokio było dziwnie oblegane przez ludzi innej narodowości. A w szczególności dom jednego z tamtejszych mieszkańców, na pozór w żaden sposób się nie wyróżniającego spośród społeczeństwa. Mężczyzna w długim płaszczu oraz z kapeluszem na głowie stał obecnie w terminalu, obserwując krzątających się po nim ludzi. Warunki pogodowe pozostawiały wiele do życzenia, co spowodowało opóźnienie się jego lotu. Mimo że zazwyczaj bardzo opanowały, zaczął tracić już pomału cierpliwość. Bo ile mógł czekać?
- Eliza. Jeszcze trochę, a dotrzemy do Yoh na własną rękę – zakomunikował ze stoickim spokojem, jakby nigdy nic. Może i ktoś z tu obecnych usłyszał, jak mówi sam do siebie, ale chyba niewiele go to obchodziło. Na szczęście nie musiał się jednak nadwyrężać, ponieważ w przeciągu paru minut miał odlatywać.
Faust po dotarciu do Tokio postanowił udać się na jeden z cmentarzy. A dokładnie na ten, na którym stoczył swoją pierwszą walkę z Yoh. Może faktycznie był nieco dziwnym człowiekiem, ale lubił przesiadywać na takich, jak to miejscach. Zawsze było tutaj cicho i mógł opanować myśli, które od pewnego czasu zdawały się być strasznie rozbiegane. Dotychczas zajmowała je jedynie jego ukochana, ale teraz był niespokojny. Jakby coś budzącego grozę miało się niebawem wydarzyć. Nikt nie był jednak świadom tego, że w najbliższej przyszłości może dojść do wojny.
Mężczyzna leżał na wilgotnej trawie, w skupieniu obserwując wysłane gwiazdami niebo. Wtem usłyszał odgłos pękających gałęzi. Zaraz zerwał się z miejsca, przygotowując się wraz z Elizą do ataku na intruza. W końcu poplecznicy Hao mogli chcieć śmierci tych, którzy zabili ich mistrza. Dlatego też, ostrożności nigdy za wiele. Blondynka urosła w mgnieniu oka do ogromnych rozmiarów, przybierając przy tym postać pielęgniarki ze strzykawką w dłoni.
- Faust? Co Ty tutaj robisz? - usłyszał zaskoczony, dobrze mu znany głos. Yoh. Nagle przy posiadaczu pomarańczowych słuchawek ni z tego, ni z owego pojawił się Amidamaru. Obie strony były chyba równie zdziwione swoim spotkaniem. Faktem było, że nekromanta przybył do Tokio aby odwiedzić Asakurę, ale nie spodziewał się spotkać go na cmentarzu. Na Strasznym Wzgórzu owszem, ale nie tutaj.
- Chciałem odwiedzić starych znajomych. Ale najwyraźniej zasiedziałem się... A Ty? W jakim celu tutaj przyszedłeś? - Niemiec podrapał się po głowie, bowiem istotnie stracił rachubę czasu. Zawsze tak było, gdy przychodził na miejsce spoczynku zmarłych. Złamał swoją kontrolę ducha, dzięki czemu Eliza powróciła do swojej normalnej postaci. O ile można tak nazwać nieżyjącą już kobietę. Blondynka stała teraz przy swoim ukochanym, który obejmował ją w pasie.
- Ja? Ukrywam się przed Anną. - powiedział to tak oczywistym tonem, jakby nie było na jego pytanie innej odpowiedzi. Według niego każdy powinien wiedzieć co robi Yoh Asakura o tak późnej porze poza domem. Razmawiali jeszcze chwilę, ale potem opuścili cmentarz, ponieważ to nie było jednak dobre miejsce na kryjówkę dla narzeczonego Kyoyamy. Przecież duchy pochowanych tutaj ludzi mogły donieść Itako o tym, że tej okolicy przebywa. A tego nie chciał. Faust był dla niego istnym zbawieniem. Nie wiedział bowiem o ostatnich przewinieniach swojego przyjaciela, dlatego też pozwolił Asakurze zatrzymać się w pokoju hotelowych, który wynajął. Gdyby Yoh nie był tak zdesperowany, chyba by na to nie przystał. Chociaż kto wie.

* * *

Annie nawet zakupy nie były w stanie poprawić humoru po tym, co zrobił Yoh. Była tak wściekła, że biada temu, kto jej teraz wejdzie w drogę. Niemniej jednak Pyron tak obładowany był torbami gdy wrócili do domu, że z ledwością mógł się poruszać. Przez całą drogę z miasta, w głowie Itako rodził się plan karnych treningów dla narzeczonego. Miała nadzieję, że od razu będzie mogła je wcielić w życie, ale w posiadłości najwyraźniej jeszcze żaden z piątki szamanów się nie pojawił. Pirika też zamierzała pokazać Horo Horo, kto z ich dwójki rządzi. Kyoyama weszła do salonu z zaciętą miną, dokładnie wierząc wzrokiem wszystkie pomieszczenia. Musiała się przecież upewnić, że są czyste, czyż nie? Jej uwadze nie uszły pewne niedoskonałości, w postaci pozostawionych w przedpokoju śmieci.
- Manta, śmieci same się nie wyniosą... - mruknęła, wywracając przy tym oczyma. Usłyszawszy ten głos, chłopak zaraz narysował się przy worku i gotów był do działania. Lyserg miał to zrobić, ale jak zawsze wszystko spadało na niego. Norma. Dziewczyna zdawała się z początku nie zwracać uwagi na gościa, ale gdy dostrzegła Opacho, nieco się zainteresowała. W końcu Ona w ich domu to była jakaś nowość. Usiadła wygodnie na kanapie i nim zdążyła cokolwiek powiedzieć, stała już przed nią filiżanka ciepłej herbaty. Widocznie Oyamada nie chciał jej jeszcze bardziej z równowagi wyprowadzać.
- Ciekawi mnie, co Ty tutaj robisz. Przecież kiedyś za nami nie przepadałaś... - mówiła wolno, po czym upiła napój i spojrzała na dziewczynkę. Diethel był jej obojętny i w owej chwili mógłby nawet nie istnieć. W ogóle by się tym nie przejęła. Ujrzała jak ciemnoskóra posmutniała nieco, najwyraźniej przypominając sobie o Hao. Tamten Asakura był dla blondynki potworem i w ogóle nie mogła pojąć tego, jak można za kimś takim tęsknić. Malec mimo wszystko jednak usiadł nieopodal Kyoyamy, zerkając na nią niepewnie. Chyba zrozumiała, dlaczego Manta tak się jej bał. Chociaż... może początkowo Opacho za nią nie przepadała, tak potem jeszcze podczas turnieju chętnie dziewczyny odwiedzała. A te chyba ją polubiły.
- Opacho przyjechała tutaj z nim. Uratował ją przed złymi szamanami... - odpowiedziała zamyślona, nie odrywając wzroku od Anny. Wskazała przy tym palcem na Lyserg'a, którego w końcu dziewczyna raczyła spojrzeniem obdarzyć. Ale na bardzo krótko. Otworzyła już usta by coś powiedzieć, ale w tym samym momencie w pokoju pojawił się duch starszego mężczyzny. Najprawdopodobniej poległego żołnierza. Mruknął coś wprost do ucha Itako, która szeroko otworzyła oczy ze złości.
- A to ci tchórz! Niech ja go dopadnę w swoje ręce! - krzyknęła z furią, aż przestraszyła murzynkę. Hao nigdy w taką złość nie wpadł. No może poza tym dniem, kiedy to walczył z Yoh. Kyoyama dosłownie wybiegła z domu, ale nikt prócz zjawy towarzyszyć jej nie chciał. Woleli chyba poczekać tutaj. Domyślili się, że nakazała ona wszystkim duchom, aby odnalazły jej narzeczonego. I najwyraźniej tego dokonały. No to krucho przestawiała się przyszłość bruneta z pomarańczowymi słuchawkami, z którymi nigdy się nie rozstawał.

środa, 23 maja 2012

Rozdział drugi

Trochę długo czasu minęło on ostatniego rozdziału, ale przez matury czasu mi brakło ^^ Na szczęście jednak ktoś te moje bazgroły czyta xD



Poranek okazał się dla Yoh znacznie cięższy, aniżeli zazwyczaj. Jego powieki ani drgnęły gdy do pokoju wdarły się poranne promienie słoneczne, a on sam nie miał zamiaru opuszczać krainy Morfeusza. Zapewne spory w tym swój udział miała nieprzespana przez Asakurę noc, podczas której to nieustannie dręczyły go koszmary. Jedyne co mógł sobie przypomnieć z tych pozbawionych większego sensu obrazów to Hao, który także w nich miał swój udział. Ale było to dziwne, bo jego brat przecież nie żył. On go zabił. I to był drugi powód, dla którego brunet nie miał zamiaru wychodzić spod kołdry. Zaczęło gryźć go sumienie przez pozbawienie życia swojego krewnego. W końcu był on niegdyś dobrym szamanem, który bezinteresowanie pomagał innym ludziom. Tyle przynajmniej wywnioskował z rozmowy z Matamune, byłym przyjacielem wielkiego Asakury. Między innymi przez nią zaczął zastanawiać się nad tym, co zrobił. I nie mógł pozbyć się tych przeklętych myśli, które zawsze powracały do niego w najmniej odpowiednim momencie.
Nie dane mu jednak było dłuższe leżenie, ponieważ w drzwiach pojawiła się właśnie diablica, we własnej osobie. Anna szybkim krokiem podeszła do łóżka, na którym leżał jeszcze jej narzeczony i zgrabnym ruchem zerwała z niego kołdrę. Czekał już tylko na jakiś cios z jego strony, ale ku jego zdumieniu żaden takowy nie nadszedł. Otworzył niepewnie oczy, a gdy ujrzał uśmiech na twarzy blondynki był jeszcze bardziej zszokowany.
- Koteczku, czas wstawać – powiedziała przesłodzonym tonem, ale z miną nie znoszącą sprzeciwu. Niech się Yoh cieszy, że Kyoyama okazała dobroduszność i nie wyciągnęła go spod kołdry skoro świt. Jak to miała w planach jeszcze wczorajszego wieczora.
- Tak, Anno... - wymamrotał pod nosem, zakrywając się dłonią, ponieważ jakoś tak zachciało mu się ziewać. A nie był pewien, czy takie zachowanie jest przez Itako dozwolone. Chłopak podreptał więc jeszcze ciągle zaspany do łazienki, nie zdając sobie chyba sprawy z tego, że dobry humor Anny to jedynie cisza przed burzą...

* * *

Nie minęło pięć minut, a Yoh był już w pełni ubrany i siedział wraz z grupą przyjaciół na dole, czekając aż Ryu przyjdzie i zrobi im śniadanie. Może i byli głodni, ale również niezmiernie szczęśliwi, bowiem najwyraźniej Anna zapomniała o porannych torturach. Wszyscy będąc więc w wyśmienitych humorach rozmawiali między sobą, zastanawiając się głośno nad tym, kiedy wznowią turniej. Nagle usłyszeli odgłos czyichś kroków, ale nim zdążyli cokolwiek zrobić w pokoju pojawiła się ich trenerka. A mieli w zwyczaju nazywać ją morderczynią, aczkolwiek jedynie wówczas, kiedy nie było jej w pobliżu. A rzadko to się zdarzało przez duchy, które zazwyczaj towarzyszyły im w treningach. A te tak bały się dziewczyny, że o wszystkich, nawet najmniejszych przewinieniach chłopaków jej donosili. Teraz jednak spojrzenia wszystkich zwrócone były na nastolatkę, a po jej minie wszyscy zgodnie stwierdzili, iż swoją głośną rozmową przerwali jej oglądanie ulubionych seriali. Wybawieni jednak zostali przez Ryu, który w końcu raczył się pojawić. No może nie do końca...
- A wy co tutaj jeszcze robicie?! Trzydzieści mil samych się nie przebiegnie! - krzyknęła nagle, aż biedny Yoh, który niechcący przysnął podskoczył na krześle. Spojrzał teraz nieco przestraszonym spojrzeniem na narzeczoną, która to w nagrodę odpłaciła mu się pięścią w twarz. No jak on śmiał tak ją ignorować?! To było niedopuszczalne! I ona sobie na takie traktowanie nie miała zamiaru pozwolić.
- No dalej, dalej! Wy lenie patentowane! - warknęła, widząc jak jej 'niewolnicy' się ociągają. Oczy blondynki dosłownie ciskały piorunami, dlatego też chłopcy woleli już zniknąć z zasięgu wzroku owej osoby. Wiedzieli jednak, że po powrocie z maratonu czeka ich jeszcze za tą niesubordynację dodatkowa kara w postaci prawdopodobnie pompek, albo przysiadów. Anna strasznie się w nich lubowała. No, chyba że specjalnie dla nich wymyśli jakiś inny sposób tortur. Jedynie Manta został w domu, ale jakoś mu się to nie uśmiechało. Niemniej jednak nie nadawał się do biegania.
- Podłoga jest brudna i trzeba zrobić obiad. Do roboty, Shorty. Jak wrócę, wszystko ma lśnić i błyszczeć! Migiem! - wydała polecenie stanowczym głosem, od którego na plecach chłopca pojawiła się gęsia skórka. Już chciał się sprzeciwić, bo w końcu nie był żadną sprzątaczką, czy kucharką! Ale w tym samym momencie przed oczami miał też wizję co się z nim stanie, gdy nie posłucha dobrej rady Anny. Mamrocząc coś pod nosem, wolno ruszył w stronę kuchni.
- Mówiłeś coś, maluszku? - zapytała ostrzegawczo, zadzierając przy tym groźnie brew. Manta przełknął jedynie głośno ślinę i energicznie pokręcił głową, w tempie ekspresowym się ulatniając. Ta dziewczyna była straszna! Znacznie gorsza od Hao! Itako natomiast ze spokojem przeszła przez salon, chwyciła torbę i opuściła posiadłość, udając się w stronę jednego z miejsc, które często odwiedzane było przez pewnego bruneta. Dzisiaj zrobi mu małą niespodziankę, bo dosyć miała już tego ciągłego robienia z niej głupiej. A owy 'prezent' z pewnością miły dla niego nie będzie.

* * *

Grupa młodych szamanów truchtem biegła ścieżką parku, kończąc właśnie dziesiątą milę swojego przedśniadaniowego treningu. Dla Yoh nie było to nic wielkiego, ale dzisiaj w ogóle nie mógł się rozluźnić, a mięśnie bolały go niemiłosiernie. Innym szło natomiast zdecydowanie lepiej. Ale nie można było stwierdzić czy spowodowane to jest chęcią ćwiczenia, czy raczej strachem przed Anną. Asakura po chwili namysłu postawił jednak na to drugie. Z całą pewnością. Ale nie o obawie przed Itako teraz mowa. Młodzieniec o ciemnych włosach zatrzymał się nagle, z trudem łapiąc oddech, na co jego towarzysze zareagowali zaskoczeniem. Szczególnie Ren był zdumiony, ujrzawszy swego przyjaciela w takim stanie.
- Nic Ci nie jest, Yoh? - usłyszeli zaniepokojony głos Amidamaru, który od razu pojawił się przy chłopaku, unosząc się nad ziemią. Reszta także przystanęła na moment. No może poza Joco, który biegł teraz w miejscu. Chyba naprawdę przestraszony był wizją kolejnego pobicia przez Annę. Jedno jest pewne. Wyniósł coś z wczorajszej lekcji. Tao stanął naprzeciwko Asakury i bacznym wzrokiem począł go obserwować, chcąc wychwycić chociaż najmniejszą zmianę w jego mimice.
- Nie, wszystko dobrze. Tylko kompletnie nie chce mi się dzisiaj biegać... Wiecie co? Może pójdziemy sobie na cheebsburgera? Albo nawet dwa. Tak relaksacyjnie. - odpowiedział z początku smętnym głosem, łapiąc się dłońmi za kolana. Po chwili jednak ożywił się, a na twarzy jego pojawił się szeroki uśmiech. Taki, jaki zawsze powinien na niej widnieć. W ogóle teraz nie było widać po nim dawnego otępienia, które zniknęło w ułamku sekundy. Gdy tylko pomyślał o swoim ulubionym jedzeniu, które traktował jednak jako rarytas. Dlaczego? Otóż Anna kategorycznie zabraniała mu fast-foodów, robiąc mu przy tym regorystyczną dietę. Wiedział, że jeśli Kyoyama odkryje tą zbrodnię, zginie śmiercią tragiczną... ale w końcu raz się żyje.
- No nie wiem... Jeśli Anna się o tym dowie to będziemy mieli przechlapane... - mruknęli zrozpaczeni Ryu i Horo Horo w tym samym momencie. Popatrzyli po sobie, po czym wywrócili oczyma, ponownie zerkając na rozpromieniowanego Yoh. Chyba jednak nie uda im się odwieźć go od tego pomysłu. Ale z drugiej strony również zgłodnieli... W końcu blondynka kazała im katować się bez śniadania. Po dłuższej chwili omawiania wszystkich za i przeciw ostatecznie udali się do baru. Nie wiedzieli jednak, że będzie to istne samobójstwo.

* * *

A co u naszej Itako? Po opuszczeniu domu ruszyła aby załatwić bardzo ważną sprawę, którą okazały się być zakupy z Jun i Piriką. Gdyby tylko biedny Manta o tym wiedział, nie byłby pewnie zadowolony. W końcu on ciężko pracuje, sprzątając posiadłość, a ona sobie albo ogląda seriale, albo spotyka się z koleżankami. No i gdzie tutaj sprawiedliwość? Dziewczęta szły właśnie ulicą, wraz z Pyron'em, który robił im za tragarza gdy nagle obok Anny pojawił się duch. Była to kobieta w średnim wieku z nieco zniszczoną sukienką i smutną miną. Pochyliła się nad blondynką, szepcząc jej coś do ucha. Brwi Kyoyamy natychmiast ściągnęły się groźnie, a dłonie zacisnęły się w pięści. Jako że szła przodem, stanęła i odwróciła się do przyjaciółek, które wydawały się być nieco zdziwione tą nagłą zmianą w jej nastroju. Z radosnego na bardzo mroczny.
- Zgłodniałam. Chyba pójdziemy coś zjeść do baru – oznajmiła i zaczęła iść na spotkanie z tymi, o których poinformowała ją przed chwilą kobieta. W ogóle nie pytała też o zdanie dziewczyn, ponieważ wiedziała, że i tak pójdą za nią. W końcu one też czuły wobec młodej Itako respekt. Cała czwórka szła więc wolno w stronę lokalu, ale tylko Tamao miała dziwne przeczucie, że do niczego dobrego ta ich podróż nie doprowadzi. Anna zdawała się wyglądać tak, jakby miała wykonać tam na kimś egzekucję i dopiero teraz dziewczyna o różowych włosach dostała oświecenia. Yoh i jego przyjaciele. W duchu już zaczęła chłopakom współczuć, ponieważ usta blondynki wygięte były w grymasie, który wróżył wiele złego. Po upływie kwadransu przekroczyli próg baru, a zirytowana Kyoyama poczęła błądzić swym błękitnym spojrzeniem po jego wnętrzu. Przeskakując wzrokiem ze stolika, na stolik. W końcu spoczął on na jednym z nich, ukrytym w jednym z kątów. Nie minęło sześćdziesiąt sekund, a już się przy nim znajdowała.
- Skaranie boskie mam z wami! Łajdaki jedne! - wysyczała jadowicie przez zaciśnięte ze złości zęby, łypiąc na każdego z kolei morderczym spojrzeniem. No to teraz przegięli. I to ostro. Tamao wraz z Jun i Piriką obserwowały ową scenę z bezpiecznej odległości, mimo że wszyscy w pomieszczeniu byli nią bardzo zaintersowani.

* * *

Yoh z przyjaciółmi zadowoleni ze swojej decyzji weszli raźnym krokiem do baru i zaraz zamówili sobie po podwójnym cheesburgerze dla każdego. A co będą sobie żałowali. Niemniej jednak woleli dmuchać na zimne i wybrali jeden z bardziej odosobnionych od reszty stolików, który zaraz po wejściu do lokalu nie rzucał się w oczy. Asakura trzymał w dłoni ogromną kanapkę, a mając ją świat wokół niego mógłby w tym momencie przestać istnieć. Liczył się tylko on i fakt, że zaraz ze smakiem ją zje. No tak. Obecnie bardzo niewiele do szczęścia mu było potrzebne. W pewnym momencie jednak coś jakby chłodem powiało, aż przeszedł go nieprzyjemny dreszcz. Niedługo potem usłyszał nad sobą ten przesycony do cna jadem głos, którego tak się obawiał. W mgnieniu oka dokończył posiłek, lękając się chyba, że Anna gotowa jest mu go jeszcze wyrwać i wyrzucić. W końcu nie przestrzegał teraz diety. Zadarł głowę do góry, w jednej chwili gwałtownie zrywając się z krzesła, które upadło z głośnym hukiem.
- Anna... - wydukał jedynie ledwo słyszalnie, zerkając kątem oka na przyjaciół, którzy chyba zrozumieli Yoh. W następnej sekundzie nie było już po nich śladu. Zdążyli jeszcze tylko usłyszeć, że Kyoyama dorzuca im pięć mil, oraz po dwie godziny krzesełka dla każdego. Bez wyjątku! Za to dla Amidamaru całodniowe związanie koralami wydawało się być odpowiednie. Niech wie, że powinien o swojego szamana dbać. Uciekinierzy domyślili się też, że jeśli nie zakończą swojego treningu do południa to Itako z pewnością nie da im obiadu. A to byłaby już katastrofa. Nikt nie był zadowolony z tego, że dali się na to Yoh namówić, ale starali skupić się na pracy nóg, a nie na zemście. W końcu dziećmi już takimi nie byli i gdyby nie chcieli, to by z nim nie poszli. Dlatego też wina leżała także po ich stronie.

sobota, 31 marca 2012

Rozdział pierwszy



Nastolatek o ciemnych włosach, na których zawsze widniały pomarańczowe słuchawki siedział na ganku przed domem, wpatrując się w usłane gwiazdami niebo. Po jakimś czasie podwinął nogi i oplótł je ramionami, zamykając przy tym znużone powieki. Z domu dało się słyszeć donośne śmiechy, ale chłopakowi humor ostatnimi czasy nie dopisywał. Yoh, bo to właśnie on przesiadywał na deskach znosił nawet bez szemrania nowy harmonogram treningów Anny. Kiedyś chociażby próbował się buntować, a teraz? Przynajmniej podczas biegania, czy przysiadów miał na czym się skupiać. Nie chciał bowiem myśleć o zdarzeniach, które miały miejsce miesiąc temu, podczas turnieju o tytuł Króla Szamanów. Z zamyślenia wyrwał go odgłos kroków, a potem znajomy głos jego najlepszego przyjaciela, Manty.
    - Yoh, wszystko w porządku? - zapytał z nutką zaniepokojenia, opadając po chwili namysłu obok Asakury. Przyszedł tutaj, ponieważ brunet wyszedł dobre pół godziny wcześniej i do tej pory do salonu nie powrócił. A podobno chciał się tylko przewietrzyć. Reszta chłopaków jego zniknięcia nie zauważyła, ale Oyamada spostrzegł ową zmianę w zachowaniu Yoh. Młodej pani medium również to nie umknęło. Postanowiła jednak nie wypytywać o to swojego narzeczonego, nie chcąc go zwyczajnie męczyć. Niemniej jednak treningów nie miała zamiaru mu odpuszczać. Musiała w końcu trzymać go żelazną ręką, bo jakby nie patrzeć, turniej zostanie wznowiony. Może jeszcze nie jutro, ale w najbliższym czasie – na pewno. A Yoh musiał go wygrać.
    - Tak, tak. Zamyśliłem się tylko... - odpowiedział z opóźnieniem, przenosząc wzrok na blondyna. Po chwili westchnął cicho, nie mógł przecież aż tak zamartwiać przyjaciół swoim fatalnym samopoczuciem. Dlatego też wysilił się na uśmiech, który o dziwo wyglądał bardzo naturalnie, a gdy został przez chłopaka odwzajemniony, podniósł się z ganku. Oboje ruszyli teraz w stronę wejścia do domu, chociaż Asakura z chęcią uciekłby z tego miejsca jak najdalej. Nie, nie chodziło tutaj o to, że nie chciał być z Horo Horo, Ren'em, czy Ryu. Po prostu... sam nie wiedział co od powrotu z Patch Village się z nim dzieje. Po wejściu do pokoju omiótł go wzrokiem, na dłużej zatrzymując go na pannie Kyoyama. Zaraz jednak odchrząknął nieco zmieszany i dosiadł się do rozgadanej grupy okupującej stół wypełniony jedzeniem oraz napojami. Spojrzenie jego mimo wszystko pozostało w pewnym stopniu nieobecne, ale nie każdy potrafił to zauważyć. Śmiał się bowiem i żartował razem z innymi, aczkolwiek... była to jedynie maska. Maska stwarzająca pozory, że nic go nie gnębi i wszystko z nim w porządku.
    - Chyba powinniśmy zaraz się zmywać, bo jeszcze Anna zagna nas do sprzątania... - mruknął cicho Horo Horo, pochylając się nad stołem. Miał chyba złudne nadzieje, że nasza medium tego nie usłyszy. Już chciał się wyprostować, ale wtem ujrzał przerażone spojrzenia reszty chłopaków. Uniósł więc niepewnie głowę, ale nim zdążył to w pełni zrobić, otrzymał cios – prosto w szczękę. A napastnikiem jak można się spodziewać była mistrzyni świata wagi ciężkiej, Anna Kyoyama. Naprawdę nie mam pojęcia, jak chcesz się z kimś takim ożenić, Yoh. Miał już to na końcu języka, ale na szczęście w porę się w niego ugryzł. Teraz już raczej nie obyłoby się bez szpitala i intensywnej terapii. O ile w ogóle by atak przeżył. Szaman o niebieskich włosach podniósł się spod ściany, pod którą wylądował i złapał się za obolałą twarz. Chyba złamała mu żuchwę... W oczach zaświeciły mu łzy, ale nie mógł przecież płakać przy kolegach! Wziął się więc w garść i przywołał na usta uśmiech. Musiał przecież pokazać, że nie jest wcale taki słaby. Nie kiedy jego przeciwnikiem jest dziewczyna. Chociaż z drugiej strony... przegranie z Anną raczej niczym haniebnym nie było. Na sam jej widok wielu dostawało ciarki na plecach.
    - Koteczku, czas do spania. Jutro skoro świt czeka Cię podwójny maraton. I to przed śniadaniem! - wszyscy aż podskoczyli, usłyszawszy donośny krzyk Anny. Jedynie Joco nie zdając sobie chyba sprawy z powagi sytuacji, parsknął śmiechem, wskazując palcem na Yoh. Jak widać rozumiem to on nie grzeszył. Dziewczyna zmiażdżyła go żądnym mordu spojrzeniem, po czym szybkim krokiem ruszyła w stronę stołu. A gdzie podziała się reszta? Otóż Yoh pognał na górę, w celu udania się na spoczynek, a Ryu wraz z Mantą, Horo Horo i Ren'em biegli właśnie co sił w nogach w stronę swoich domów. Aż się za nimi kurzyło, trzeba przyznać. Dopiero teraz McDaniel zdał sobie sprawę z powagi sytuacji, w której się znalazł. I to na własne życzenie. W ułamku sekundy stanął na baczność, ale złudnym było myślenie, że to coś pomoże.
    - A Ty żartownisiu, dalej do garów. No już Cię nie widzę! - warknęła ostrzegawczo, a widząc jak się ociąga wymierzyła mu celnego kopniaka, dzięki któremu w trybie natychmiastowym znalazł się wraz ze swoim duchem stróżem przed umywalką. W fartuszku, rzecz jasna.
    - Za jakie grzechy... - jęknął jeszcze, ale zaraz zamilkł, biorąc w dłoń talerz z myślą umycia go. Wolał chyba jednak nie przeciągać struny, bo jeszcze Anna powiesi go na tych swoich koralach i wówczas już tak wesoło nie będzie. Do uszy szamanki doszedł cichy chichot dobiegający z góry, ale gdy tylko przeniosła wzrok na schody, nikogo tam nie było. Usłyszała jeszcze jedynie odgłos z impetem zamykanych drzwi. No tak, Yoh. Rano mu pokaże co czeka podsłuchujących. Oj, odechce mu się tak perfidnego oszukiwania swojej narzeczonej. Do stu kilometrowego biegu dorzucimy jeszcze osiemdziesiąt pompek. Tak na rozgrzewkę. A potem... w zależności od samopoczucia Kyoyama doda coś jeszcze, albo zrobi Asakurze wolne. Ale najczęściej pomimo szampańskiego humoru brunet i tak musiał wylewać siódme poty w tej torturze, zwanej przez nią treningiem. W przeciągu kwadransa z domu ulotniła się jeszcze Jun oraz Pirika, które wolały się już dzisiejszego dnia medium nie narażać. Jedynie biedna Tamao musiała pomagać Joco w sprzątaniu. Uwinęła się jednak nadzwyczaj szybko i podreptała z opuszczoną głową do swojej sypialni. Następnie pogasły wszystkie światła, tym samym oznajmiając, że domownicy udali się na spoczynek. Chociaż jeden z nich w ogóle nie potrafił zmrużyć oczu. A był nim Yoh.


* * *

Młody Asakura leżał na łóżku z rękoma splecionymi pod głową i z wzrokiem wbitym w sufit. Zupełnie nie chciało mu się spać, co było czymś bardzo dziwnym biorąc pod uwagę fakt, że był mistrzem w zasypianiu. Nawet na stojąco. Teraz jednak zebrało mu się na rozmyślania. A wcale tego nie chciał. Znowu wróciły natrętne wspomnienia z TAMTEGO okresu. Sprzed miesiąca, gdy to był zmuszony zabić człowieka. Wiedział, że było to konieczne, bo w przeciwnym razie Hao zostałby Królem Szamanów. A co za tym idzie, ludzkość przestałaby istnieć, ustępując światu przeznaczonemu jedynie dla szamanów. Mimo wszystko jednak nie mógł się wyzbyć jednej myśli. Owy chłopak jakby nie patrzeć był jego bratem. Może i reinkarnowanym, ale jednak. Zaczął się nawet zastanawiać nad tym, czy aby pozbawienie go życia było jedynym z możliwości uratowania ludzi. Poniekąd też rozumiał swojego przodka. W końcu człowiek istotnie pomału przyczynia się do zagłady planety, ale nie był to jeszcze powód do tego by cały gatunek miał przejść do historii. Hao chyba również zdawał sobie z tego sprawę, co Yoh zresztą zrozumiał po odbytej podróży wewnątrz Księgi Szamanów. Najwyraźniej jednak wygranie tytułu Króla Szamanów uznał za najskuteczniejsze w walce z tą 'plagą'.
    - Amidamaru. A co, jeśli On wcale nie był taki zły, jak wszyscy sądzili? - zapytał przyciszonym głosem, odrywając wzrok z martwego punktu i przenosząc go na samuraja, który pojawił się właśnie przy łóżku. Początkowo nie wiedział chyba o co brunetowi chodzi, ale w porę się zreflektował. Wiedział on, że z jego przyjacielem nie dzieje się nic dobrego, dlatego musiał ostrożnie dobierać słowa.
    - Sam wiesz, że nie dał Ci zbytnio czasu abyś mógł to rozważyć. Poza tym chroniłeś swoich najbliższych i przyjaciół przed szamanem, który chciał ich zniszczyć. Nie możesz siebie wiecznie obwiniać za to, co się stało. Widocznie tak być musiało i nie warto jest ciągle tamtych wspomnień rozdrapywać. Tym bardziej, że one wcale nie są jak widać dla Ciebie czymś przyjemnym. - odpowiedział wolno, patrząc na chłopaka swoim uważnym spojrzeniem. Starał się pocieszyć bruneta, ale szczerze mówiąc nie potrafił postawić się w jego sytuacji. Nie umiał wyobrazić sobie co zrobiłby, będąc na miejscu młodego Asakury.
    - Poza tym powinieneś iść już spać. Jeśli zaśniesz jutro gdzieś na ławce, możesz być pewien, że Anna dorzuci Ci w prezencie jakieś trzydzieści mil. - dodał śmiejąc się pod nosem, chcąc chyba rozładować panującą w pokoju atmosferę. Oczywiście w duchu modlił się, aby Kyoyama tego nie słyszała. Jakoś nie uśmiechało mu się ponowne związanie koralami, bo nie było w tym nic miłego. Naprawdę.
    - Chyba masz rację. Nie powinienem już o tym myśleć. Macie i tak już dosyć zmartwień. - mruknął pod nosem, a usłyszawszy o dodatkowych milach jęknął jedynie żałośnie i złapał się obiema rękoma za głowę. Może i trening Anny był pomocny, ale nie przesadzajmy. Nawet nie wiadomo kiedy wznowią turniej, a ta katuje go codziennymi treningami po których własnych mięśni nie jest w stanie poczuć. Do tego jakby jeszcze było mało dołączyła dietę. Niby na wzmocnienie. Ale Yoh w to powątpiewał, ponieważ nawet obiadem nie mógł się najeść. Czasami udało mu się wymknąć na cheesburgera z przyjaciółmi, ale potem musiał swoje grzechy odpokutować. W ćwiczeniach, jak można się domyślić. Niedługo potem zasnął w wyjątkowo oryginalnej pozycji, a mianowicie w poprzek łóżka z głową wiszącą poza łóżkiem. Ale tak właśnie było mu wygodnie.

* * *
Tymczasem w zupełnie innej części świata pewien chłopak w wieku około piętnastu lat wolnym krokiem szedł przez las. Wyraźnie utykał, ale na twarzy jego nie można było dojrzeć grymasu wywołanego bólem. Zastępował go jednak pełen nienawiści wzrok. Dodatkowo jeszcze zaciśnięte w pięści dłonie i ta rana na torsie. Nie wyglądało to zbyt ciekawie, ale może cofnijmy się w czasie? Po walce w Gwiezdnym Sanktuarium wszyscy bez wyjątku przeniesieni zostali z powrotem na pustynię. Szamani święcie przekonani byli, że pokonali Hao, ale nic bardziej mylnego. Otóż Król Duchów uwolniony przez ostateczny atak Yoh był tak przestraszony zaistniałą sytuacją, że w akcie desperacji dosłownie 'wypchnął' uczestników turnieju ze swojego świata. Tym samym zamykając do niego wszelkie możliwe wejścia. Asakura o długich włosach również wylądował na gorącym piasku. Zbyt był jednak zmęczony walką by móc się z niego podnieść. Na szczęście jednak resztkami foryoku zdołał teleportować się na pobliskie wzgórze, gdzie miał zamiar w ukryciu podleczyć swoje obrażenia. Jego energia duchowa nieco ucierpiała, ale wszystko się w miarę upływu czasu zregeneruje, a wówczas... świat pozna gniew upokorzonego Hao Asakury. A w szczególności Yoh. Ten, który go do tego stanu doprowadził. Na razie jednak nie mógł pozwolić na to, aby ktokolwiek odkrył, iż jednak zdołał owy atak przeżyć. I tutaj pomocny okazał się Duch Ognia, dzięki któremu bez problemu mógł się niespostrzeżenie przemieszczać. Po miesiącu czuł się jednak odrobinę lepiej.
Ale dlaczego postanowił udać się do miasta, skoro było to dla niego takie niebezpieczne? Nie żeby się bał, ale musiał oszczędzać siły i nie miał zamiaru marnować ich na pozbawioną sensu walkę. Niemniej jednak potrzebował ziół oraz innych medykamentów, które pozwalały mu powrócić do zdrowia. Wracając owym lasem poczuł się jednak dziwnie osamotniony. Zawsze towarzyszył mu Opacho, a teraz nawet jej przy nim nie było. Przegnał tą dziewczynkę jeszcze podczas walki, nie chcąc aby ta widziała jego klęskę. Ale teraz... teraz będzie chyba musiał ją odszukać. Wbrew pozorom Hao nie był wcale pozbawionym serca draniem, a los tej małej czarnoskórej nie był mu obojętny. W końcu to on ją uratował przed śmiercią głodową i obudził w niej pokłady szamańskiej mocy. Można nawet powiedzieć, że mała Opacho jest dla niego niczym córka.
Teraz jednak siedział przed ogniskiem, zaraz przed ogromnym duchem ognia i skrzywił się wspominając, jak przestraszył ją swoim zachowaniem. W jej oczach nigdy nie był zły, ale najwyraźniej inni mieli o nim zupełnie odmienne zdanie. Oceniali go, chociaż nie mieli o nim pojęcia. Jakie to płytkie. Yoh, przygotuj się, bo następnym razem tak łatwo mnie nie pokonasz, pomyślał i zaśmiał się gorzko, czemu zawtórował mu jego duch stróż. O tak, Hao musi się swojemu jakże kochanemu braciszkowi odpłacić za obrócenie w proch jego marzenia. A był tak blisko! Najpierw jednak odwiedzi resztę swojej rodziny, która zapewne niezwykle ucieszy się na widok swojego ulubionego jej członka.

* * *

W pewnym amerykańskim miasteczku samotny szaman przechadzał się ulicą, kierując swe kroki w stronę hotelu, w którym to osiadł. Jego oliwkowy płaszcz z żółtawymi wstawkami powiewał na wietrze, a sam jego właściciel sprawiał wrażenie jakby przygnębionego. Dotychczas myślał, że po pokonaniu Hao będzie się czuł znacznie lepiej, ale najwyraźniej zemsta za zamordowanie jego rodziców oczekiwanego skutku nie przyniosła. Lyserg Diethel, bo tak miał na imię nasz szaman usłyszał w pewnym momencie odgłosy sprzeczki. Uniósł swe zielone spojrzenie, kierując je na przeciwległą stronę chodnika. Ujrzał tam grupę mężczyzn. Najprawdopodobniej byli oni szamanami, co wywnioskował po ich kontroli ducha, ale coś mu tutaj nie pasowało. Zmarszczył jednak czoło, ponieważ wyglądało na to, że walczyli. Zaraz ruszył w tamtym kierunku, rozpychając się przy pomocy ramion.
    - Ej, mały! I co, Twój mistrzunio nie dał rady? Może czas, żebyś do niego dołączył? - mówił pogardliwie dobrze zbudowany mężczyzna z bujną brodą. Wtem obok wyrósł ogromny smok, który okazał się być dużą kontrolą ducha. Już miał uderzać pazurami w malca leżącego na asfalcie, gdy to drogę zagrodziło mu wahadełko młodego detektywa. Wzrok wszystkich zaraz zwrócił się na 'intruza'.
    - A Ty tu czego?! Ten wypierdek był po stronie Hao, zasługuje na śmierć! - warknął, łypiąc wrogim spojrzeniem to na dziecko, to na Lyserg'a. Chłopak rozpoznał w nim nie kogo innego, jak Opacho. Wiedział, że dziewczynka może nie była wybitnym szamanem, ale powinna była sobie chyba z jednym przeciwnikiem dać radę. Tylko że ich było kilku, a poza tym za bardzo była przerażona. Diethel poczuł chwilową niechęć wobec niej, ale zaraz to minęło. W końcu wcale zła ona nie była, pomimo że była niegdyś z Hao. Do tej pory jednak różdżkarz nie mógł pojąć dlaczego Asakura przyjął do swego grona kogoś tak słabego. A w dodatku traktował ją w ten dziwny sposób, którego w tej chwili nie potrafił nazwać. Ale wracając do teraźniejszości. Jak można się było domyślić z owej konfrontacji wywiązała się walka, którą nastolatek wygrał. Z małymi jednak problemami, spowodowanymi dużą liczbą przeciwników. Gdy było już po wszystkim pomógł małej dziewczynce z afro wstać i teraz razem z nią poszedł do hotelu. 
    Mimo że nienawidził Hao z całego serca, nie potrafił zostawić jej na pastwę losu. W końcu jakby nie patrzeć, bez swojego mistrza była bezbronna. Jutro miał samolot do Tokio i teraz pojawiał się problem. Nie wiedział co ma z nią zrobić. Nie wiedział bowiem, jak zareagują na nią jego przyjaciele. Najwyżej wróci do Londynu, swojego domu. Chociaż tam akurat nie uśmiechało mu się jechać, gdyż wspomnienia pomimo upływu lat, nadal były jeszcze raniące. Ale co wydarzy się dalej to czas okaże. Teraz nie warto było się przejmować niczym na zapas. Tym bardziej, że największe zło tego świata zostało zgładzone. A w każdym bądź razie tak wszystkim się wydawało...